Zatrudnianie do robót brytyjskich fachowców jest niebezpieczne dla życia!
Sułtańska inwestycja na Śląsku>>
Brytyjskie media biją na alarm. Polacy wracają do domu! A jak wrócą, to kto będzie naprawiał krany na Wyspach? Odpowiedź jest tylko jedna…
Jaka? Podwyższyć o 100% pensje polskich budowlańców, elektryków czy hydraulików, by nie chcieli wracać do domu? Nie! Wydać kilkaset milionów funtów na przeszkolenia dla brytyjskich „fachowców”.
Taką akcję organizuje brytyjski rząd i ma zamiar przeznaczyć na nią budżet 200 milionów funtów. I jak się nad tym zastanowić, to ma to sens. Nigdy nie wiadomo, czy Polacy nie zdecydują się wrócić do siebie prędzej czy później niezależnie od wysokości pensji. No i, bądźmy szczerzy, brytyjskim tak zwanym „fachowcom” przyda się jedna czy dwie lekcje odnośnie tego, w którą stronę zakręcać kurki i jak podłączać kabelki…
A po co te kabelki?
Polskie ekipy robotnicze wzywane były już wielokrotnie, by naprawić to, co „sknociły” angielskie złote rączki. Jednak rozmiary odwalanych przez nich fuszerek mogłyby zadziwić nawet niejednego laika… - Jeden z domów na Killburn, do którego zostaliśmy wezwani, był fatalnie wyremontowany po prostu z góry do dołu - zaczyna Konrad (30 l.), który na budowach w Wielkiej Brytanii pracuje już trzy lata.
- Nie wiedzieli nawet, jak położyć płytki PCV. Są to gumowe płytki, które normalnie przykleja się do podłogi jedną przy drugiej. Natomiast brytyjscy fachowcy postanowili porobić między nimi półcentymetrowe przerwy, a następnie położyli fugi, niczym na łazienkowe kafelki! - śmieje się Konrad. - Skończyło się to tak, że musieliśmy płytki zerwać, bo tak solidnie tymi fugami były przymocowane do podłogi, a następnie położyć zupełnie nowe… - kręci głową Polak. Większym problemem okazała się jednak łazienka. A raczej ubikacja…
Anglicy mieli zamontować rurę, która odprowadzałaby zawartość toalety wprost do systemu kanalizacyjnego. Panom fachowcom jednak pomyliły się kierunki - rura nie odprowadzała odchodów do ścieków, ale do… brodzika pod prysznicem! - Za każdym razem, gdy ktoś spuszczał wodę, cała zawartość ubikacji automatycznie wypływała na zewnątrz w brodziku! Cała robota to nie była wielka filozofia, trzeba było tylko tę rurę ułożyć w odpowiednim kierunk - kwituje Konrad.
Brytyjscy fachowcy mają kłopoty nie tylko z kierunkami, ale i z nadmierną ilością kabelków. Grzegorza (23 l.), który pracuje w Londynie od półtora roku, wezwali raz do domu, gdzie nie działał wideofon. Okazało się, że wszystkie większe kabelki w urządzeniu zostały podłączone właściwie. Problem był z mniejszymi kabelkami, które fachowiec - nie wiedząc ani jak, ani gdzie podłączyć - zwyczajnie obciął! Rezultat był taki, że w wideofonie na zmianę nie było to obrazu, to dźwięku…
Półślepy hydraulik
Z niektórych fuszerek, jakich dopuszczali się Anglicy, można się śmiać. Inne jednak mogły zakończyć się dużo poważniej. Zabrakło zwykłej ostrożności i dokładności. - Pracowaliśmy kiedyś z pewnym Anglikiem. Facet był półślepym hydraulikiem. Miał przezwisko „Kret”, bo ledwo widział, do czego się zabiera - opowiada Piotrek (25 l.). Pewnego razu wykańczali mieszkanie, które znajdowało się w starym budynku z podłogami z pewnie jeszcze starszych dech. Kret zajmował się wtedy lutowaniem rur od grzejników, które biegły pod tą podłogą. Nie widział jednak, co lutuje, co szybko dało taki rezultat, że podpalił otulinę, którą owinięte były rury, by nie traciły ciepła.
- Dym leciał spomiędzy szpar w podłodze, która szybko sama się zapaliła. Sąsiedzi piętro niżej za to mieli prysznic w pokoju, bo lejąca się z rur woda przeciekła przez ich sufit… Przez następną godzinę wszyscy lataliśmy z gaśnicami…
Innym razem z kolei brytyjscy fachowcy zostali wezwani do niedziałających kaloryferów. - Przyjechali, musieli stwierdzić, że były zapowietrzone. Spuścili więc z nich wodę. Wszystko było OK, więc napuścili wodę z powrotem. Zapomnieli jednak o jednym kaloryferze - opowiada Grzegorz. - Pracowałem na parterze, gdy nagle zbiegła ze schodów sprzątaczka, krzycząc, że się pali. Wbiegam na górę, a tam pół ściany w ogniu, która zapaliła się od wiszącego szlafroka. Ten z kolei zapalił się od grzałki w kaloryferze. Panowie zapomnieli napuścić do niego wody… Całe szczęście, że ktoś był w domu! - kończy polski fachowiec.
Może i nawet tragiczniej mogła zakończyć się inna historia. - Jakiś czas temu zostaliśmy wezwani do domu w Barnes nad Tamizą. Był jakiś problem z basenem - relacjonuje z kolei Konrad. Angielscy fachowcy otrzymali zlecenie zamontowania światełek w basenie posiadłości. Światełka, a i owszem, zamontowali. Zapomnieli tylko o izolacji! Gdyby ktoś trafił do tego basenu, kiedy napuszczano by do niego wodę... - Zgon na miejscu! – stwierdza Konrad.
Leniwi z natury
Polacy zwracają jednak uwagę, że problem tkwi nie tylko w przygotowaniu angielskich fachowców do zawodu, ale także w ich nastawieniu do pracy. - Za zrobienie dziury w wannie, co zajmuje im pięć minut, żądają 70 funtów. Polacy, prosząc o 30 funtów za tę samą robotę, dostają baty: „Czemu tak dużo za taki drobiazg?!”- tłumaczy Paweł (25 lat).
- Ponadto są nieporządni. Kiedy przychodzimy do jakiegoś domu, od razu widać - choćby po tym, jak pomalowane są ściany - kto go wykańczał. Anglicy chcą jak najszybciej skończyć robotę i często ją po prostu niedbale odwalają. Cały syf zostawiają pod podłogą albo wanną, bo nie chce im się go zamieść i wynieść do śmieci. Nie wiem, czy szkolenia im w czymś pomogą. Lenistwa się nie oduczą - kończy Paweł.
Joanna Berendt
j.berendt@laif.co.uk
© Fortis Media Limited 2004-2012
Użytkownicy strony laif.co.uk nie mogą wykorzystywać tekstów do celów komercyjnych bez wiedzy i pozwolenia Portalu Laif. Kopiowanie, redagowanie i wykorzystywanie w innych celach publikowanych tu tekstów wymaga indywidualnej zgody Redakcji. Kontakt do redakcji: internet@laif.co.uk.
Tagi: brytyjscy fachowcy, brytyjscy fachowcy, budownictwo, fuszerka, budowlańcy