Koniec beztroskiego siusiania po londyńskich murkach. Tym bardziej żadna dama nie przykucnie już za potrzebą na skwerku za krzaczkiem. Od teraz stróż porządku schowany za obiektywem kamer CCTV będzie mógł zabrać głos w sprawie tego, co mu się nie podoba w zachowaniu ludzi na ulicy.
Władze wymyśliły bowiem, żeby znacznie większą niż dotąd liczbę tych urządzeń wyposażyć w głośniki, przez które Wielki Brat będzie mógł interweniować metodą werbalną. Być może więc niedługo ludzie zakochani w brudku wielkiej metropolii stwierdzą z rozczarowaniem: "Coś tu się nie klei!"
Na pewno z któregoś z najbliższych wydań "Daily Mail" dowiemy się, że inspiracją do powzięcia przez władze rzeczonych kroków były narastające w lokalnych społecznościach napięcia powodowane niekontrolowanym wzrostem ciśnienia w pęcherzach zalewającej Wyspy fali imigrantów z Polski.
Do tej pory scenariusz ulicznego zajścia wyglądał następująco. Dwóch polskich robotników obala na ławce w parku cidera. Hydraulika organizmu zmusza wkrótce obu z nich do naprzemiennego udawania się na stronę. Wkrótce towarzyskie spotkanie przemienia się w tury warowania przy źródle upojenia, gdy drugi z partycypantów udaje się za potrzebą. Nic dziwnego zatem, że daje się zauważyć matematyczną prawidłowość rytuału: ilość wchłoniętego trunku staje się odwrotnie proporcjonalna do wskaźnika zapotrzebowania na ustronność miejsca dokonywania procederu nielicencjonowanego spuszczania uryny. Dzięki temu gentlemani pozostają w zasięgu swojej emisji głosu i mogą kontynuować konwersację nawet w trakcie finalnego etapu przemiany materii. Po baryłce "White Lightening" na główkę robią już właściwie pod siebie.
Naturalnym jest, że władze chcą zapobiec nadmiernemu gromadzeniu się toksyn wokół ławki, która przecież mogłaby być użytkowana następnego dnia rano przez studenta literatury rozsmakowującego się przy świergocie parkowego ptactwa, pośród kwitnących żonkili i w promieniach wiosennego słońca, tomikiem poezji Sylvii Plath, a więc oddającemu się czynności społecznie nie mniej użytecznej. Dlatego zwolennik tezy, że cały świat jest jednym wielkim urynałem, usłyszy teraz sponad swojej głowy uprzejme brytyjskie sformułowanie:
"Oddawanie moczu w miejscach publicznych stanowi naruszenie przepisów sanitarno-epidemiologicznych. Uprasza się dżentelmena w kreszowym garniturze o zaprzestanie czynności z użyciem organu wydalniczego i jego osłonięcie w przeznaczonym do tego otworze spodni. Dziękuję!"
Znając jednak polskie zamiłowanie do omijania nakazów i zakazów możemy się spodziewać, iż osobnik ten zastosowawszy się pozornie do zaleceń Wielkiego Brata obwieści po chwili z satysfakcją kompanowi: "Schować schowałem, ale przestać - nie przestałem". Niemniej inicjatywa władz stanowi poważny krok w kierunku równouprawnienia płci. Do tej pory powszechne było utyskiwanie kobiet zwane w literaturze fachowej "zazdrością o penisa", iż są przez naturę poszkodowane, gdyż naturalne uwarunkowania ich ciała nie pozwalają na taką swobodę w usuwaniu nadmiaru cieczy z organizmu, jak w przypadku męskiej części populacji. Można się też spodziewać daleko idącej zmiany w stylu życia mieszkańców metropolii. Do "urban style" w chwale powrócą długie rozkloszowane sukienki nie bez kozery zwane lejbami, które, jeśli przedstawicielka płci nadobnej seksownie nie założy bielizny, umożliwią jej niezauważone oddawanie moczu w pozycji stojącej rozkrocznej. Kto wie, być może nawet szkocki zwyczaj noszenia kiltów znajdzie wreszcie u londyńskich mężczyzn zrozumienie.
Jaromir Rutkowski
© Fortis Media Limited 2004-2012
Użytkownicy strony laif.co.uk nie mogą wykorzystywać tekstów do celów komercyjnych bez wiedzy i pozwolenia Portalu Laif. Kopiowanie, redagowanie i wykorzystywanie w innych celach publikowanych tu tekstów wymaga indywidualnej zgody Redakcji. Kontakt do redakcji: internet@laif.co.uk.