Afryka otworzyła przede mną nowy, nieznany mi świat, po którym można wędrować nieustannie. Bogactwo przyrody jest tam naprawdę potężne.
Afryka otworzyła przede mną nowy, nieznany mi świat, po którym można wędrować nieustannie. Bogactwo przyrody jest tam naprawdę potężne.
Są tam w dalszym ciągu ogromne obszary, na których na stałe nie mieszka nikt oprócz garstki rdzennych tubylców. To świat, gdzie nie ma ani miast, ani miasteczek, ani dróg, oprócz tych nielicznych, wyjeżdżonych kołami jeepów na terenie o powierzchni państwa duńskiego. Gdzie oddech jest naprawdę potężny, a poczucie dzikiej przestrzeni ogromne i świetnie widoczne z lotu ptaka, z okien bardzo przydatnych tam awionetek. Tak właśnie jest już w Afryce Południowej. a cóż dopiero w Namibii, Botswanie, Zambii czy Zimbabwe?! W Selous mieliśmy na każdym kroku żyrafy i impale, w wodzie krokodyle i hipopotamy w wielu stadach. W Semliki, w Ugandzie w podobnych ilościach "obrodziły" nam guźce i pawiany, ale do tego stopnia, że po dwóch, trzech dniach nie robiły już na nas większego wrażenia. Bardziej emocjonowały nas szympansy, słonie i lwy, a w Selous dodatkowo bardzo rzadkie dzikie psy afrykańskie. Żyje tam też mnóstwo różnych gąsienic i stonóg, a z gadów jaszczurek i wielkich jaszczurów od metra wzwyż, wyjadających jaja z ptasich gniazd. Jedną taką akcję udało nam się zaobserwować z Queen Elisabeth. Z boku patrzył na to ptak, czyniąc tyle hałasu, ile mógł.
Gąsienice, żaby i ślimak
Po Ugandzie jeździliśmy z własnym kierowcą-przewodnikiem. Campy wybrałem celowo takie, żeby były jak najbardziej ekologiczne, a przede wszystkim małe, na kilka chatek lub namiotów. Parki również wybrałem pod kątem małej ilości turystów. Jest trochę tak, że do liczby gromadzących się w parkach zwierząt proporcjonalnie dostosowuje się ilość ludzi przyjeżdżających, aby je zobaczyć. W naszych campach było niewiele więcej, niż dziesięcioro gości, wśród nich Brytyjczycy, Kanadyjczycy, Holendrzy, Australijczycy, Amerykanie. Trójkę Polaków spotkaliśmy na samym końcu w Jacana Lodge, gdzie nie było już luksusowo i deszcz gąsienic sypał nam się na głowy, niezależnie czy byliśmy w środku budynku czy na zewnątrz. Sypały się przez pleciony sufit na łóżko, na walizki, na podłogę, a z niektórych wykluwały się potem piękne i wielkie motyle. W muszli klozetowej urzędował pokaźny ślimak bez skorupy, który nie miał najmniejszego zamiaru jej opuścić i nie dawał się spłukać. Wszędzie dookoła biegały i skakały po drzewach pawiany lub czarno-biale colobusy, obserwujące nas z gałęzi. Ponieważ było to nad jeziorem, wieczorem zaczynał się koncert żab tak potężny, że przypominał raczej koncert rockowy, niż jakikolwiek inny.
Staś i Jaś
Polacy - to była para gości: ojciec z córką oraz ich przewodnik, młody blondyn, który żywcem przypominał Stasia ze starej wersji filmowej "W pustyni i w puszczy". Przedstawił się nam jako Jaś, ale rozumiał, że jest jak odnaleziony w Af
ryce Staś. Siedzi tam 6 lat, kupił właśnie ziemię i będzie budował swój dom. Mówi, że do Polski nigdy już nie wróci. Miał obok 13-letniego, czarnego chłopca, bardzo rezolutnego, z którym jednak wcale nie rozmawiał. Okazało się, że wyciągnął go z alkoholizmu i dał mu pracę u siebie w ogrodzie. Chłopiec chodził do szkoły w kratkę, więc nie nauczył się angielskiego i nie było się jak z nim porozumieć. Jaś opowiadał, że przyszedł do niego kiedyś ten malec, wręczył mu butelkę coli i powiedział: "masz, mużunku, pij", czym go rozbroił. Zaczytywał się jednak w jakichś przewodnikach czy folderach, jakby miał kilka fakultetów.
Doszliśmy z mamą do wniosku, że nasza ekspedycja się udała, jak kiedyś ta doktora Livingstone'a, skoro sienkiewiczowski Staś został wreszcie odnaleziony. Na niedającego się spłukać ślimaka, potrzebującego widać muszli, powiedział jakoś tak: "o cholera, twardziel!". Minęliśmy się z nimi gdzieś po drodze w jeepach, pytał, czy jedziemy obejrzeć kratery, ale my jechaliśmy na nietoperze jaskiniowe i zjadające je pytony, a na kratery nie było już czasu.
Biali Afrykanie
Wszędzie pełno informacji o wirusie ebola i HIV. Niestety w niektóre miejsca nie wolno było jechać. Spotkaliśmy małżeństwo Niemców z synem, podróżujących samodzielnie jeepem, którzy znaleźli się w jednym z takich miejsc, ponieważ kobieta była lekarzem i zajmowała się ludźmi zakażonymi HIV. Z kolei małżeństwo Holendrów spotkane przez nas w Selous było parą fizjoterapeutów mieszkających i pracujących w ramach dwuletniego programu w Kenii. Kanadyjczycy z Quebeku - to byli dyplomata i kobieta z Banku Światowego, mieszkający w Dar Es Salaam. Zaskoczyły mnie spotkania z białymi zamieszkującymi w Afryce, nie tylko od urodzenia, ale od wielu pokoleń, a więc właściwie z potomkami dawnych kolonizatorów albo plantatorów, którzy nadal w wielu przypadkach zajmują się uprawą ziemi, herbaty lub kawy. Dwóch młodych chłopaków, będących przewodnikami w Selous, pochodzi właśnie z takich rodzin. Mają nienaganny brytyjski akcent, ale pod względem tożsamości przynależą w pełni do Czarnego Lądu i ani im w głowie stamtąd uciekać. Jednego z nich ojciec zabierał od małego wraz z rodzeństwem do buszu na całe tygodnie, więc jest to jego świat. Nie wyobraża sobie innego dla siebie, ani w żadnym wypadku wyjazdu gdzieś, np. do Anglii, chociaż studiował w różnych krajach. Tam, wśród dzikiej przyrody, zamierza spędzić resztę życia.
Krzyż i Równik
Najciekawiej było chyba w okolicach Bwindi Inpenetrable Forrest, skąd wyruszaliśmy na spotkanie goryli. Są tam, pośród plantacji bananów, herbaty i kawy, liczne wioski, w których żyje się w najprostszy wyobrażalny sposób: bez bieżącej wody czy prądu. Wszyscy ciągle noszą wodę w bukłakach na głowie. Noszą też tak małe dzieci, wielkie misy z owocami kawy albo chrust na opał. Z bananów produkuje się wino, wódkę i winiak. Choroby leczy miejscowy znachor pochodzący z Kongo. Obsadził ziołami cały teren wokół chatki i w każdej chwili ma do dyspozycji aptekę pełną leków. Zamieszkują tam też pigmeje, którzy częściowo wymieszali się już z okoliczną ludnością, ale wcześniej żyli odosobnieni w grotach leśnych, w zamkniętych zbiorowościach, spożywając jeden i ten sam rodzaj pokarmu, którego skład zadecydował o ich mniejszym wzroście. Niektóre starsze kobiety i mężczyźni są tego żywym, klasycznym przykładem, mając zresztą pełną tego świadomość i z dumą traktując swoją odrębność, wraz z całą jej historią, tradycją i obyczajami. Tam też zobaczyliśmy najbardziej rozgwieżdżone niebo w Afryce, chociaż wszędzie było tych gwiazd znacznie więcej, niż u nas. Mamie udało się na końcu "upolować" swój długo oczekiwany Krzyż Południa. W Ugandzie cztery razy przekraczaliśmy równik i musieliśmy zauważyć, że spływająca do jakiegoś odpływu z naczynia, woda wytwarza wir zgodny lub przeciwny do ruchu wskazówek zegara, w zależności od tego, po której stronie równika to naczynie się znajduje. Na samym równiku wir się wcale nie wytwarzał. Wystarczy przenieść naczynie kilkanaście metrów na północną lub południową półkulę, aby zaobserwować istotną różnicę w zachowaniu się wody. To jest już czysta fizyka, ale efekt jest rzeczywiście zaskakujący i efektowny.
KRÓCIAKI:
Uwaga na HIV!
Afrykańskie kobiety ze względu na uzależnienie materialne od mężczyzny, boją się powiedzieć "nie" lub domagać się bezpiecznego seksu. W południowej Afryce 33% kobiet boi się odmówić kontaktu seksualnego, a 55% odbyło niechciany stosunek płciowy. Małżeństwo także nie chroni kobiet przed HIV. Badania wykazały, że większość afrykańskich kobiet zakazili wirusem mężowie.
Impale
Impale - to pospolity gatunek antylop występujących w południowej Afryce. Spełniają one bardzo ważną rolę w zachowaniu równowagi ekologicznej, ponieważ są głównym pożywieniem lwów, gepardów i lampartów. Słynną z szybkiego biegu - do 60 km/h, podczas którego potrafią wykonać skok w dal na 8-9 metrów i na 2-3 metry w wzwyż.
Park królowej
Park Narodowy Queen Elizabeth znajduje się w południowo - wschodniej Ugandzie, utworzony w 1954 roku. Zajmuje obszar 2000 km2. W parku tym jest najwięcej różnorodnych gatunków ssaków w całej Ugandzie. Dawniej zamieszkiwane były przez dużą ilość stad słoni, bawołów, hipopotamów. Jednak ich ilość stopniowo maleje. Park jest jednym z najczęściej odwiedzanych obszarów chronionych w Ugandzie.
Guźce afrykańskie
Guziec - to dzika świnia afrykańska. Jest to zwierzę masywne, z pyskiem uzbrojonym w długie kły. Samce zazwyczaj tworzą grupy kawalerskie lub żyją samotnie. Z samicami spotykają się w okresie godowym. Guziec żywi się głownie trawą, owocami i korą drzew. Zjada też drobne bezkręgowce.
Niebezpieczna Uganda
Podróż po Ugandzie podejmowana jest na własne ryzyko. Od kilku lat władze bezskutecznie próbują zapewnić bezpieczeństwo turystom. Podróżowanie po zmroku jest szczególnie niebezpieczne. Szerzą się napady bandyckie i częste kradzieże. Turystom zaleca się nieprzyjmowanie jedzenia i napojów od nieznajomych, ponieważ żywność ta może zawierać środki odurzające.
Piwo dobre na wszystko
W państwach afrykańskich bardzo powszechne i popularne jest piwo. Jedno z najpopularniejszych to Nile Special Lager. Jest smaczne i jak nic innego gasi pragnienie. W poszczególnych krajach Afryki właściwie trzeba pić alkohol, bo inaczej nie da się funkcjonować: w dzień doskwiera upał, natomiast w nocy gryzą moskity i cały ogrom przeróżnego robactwa, co skutecznie utrudnia zaśnięcie. Ryszard Kapuściński - wielki znawca Afryki - pisał, że żeby tam żyć trzeba się znieczulić.
© Fortis Media Limited 2004-2012
Użytkownicy strony laif.co.uk nie mogą wykorzystywać tekstów do celów komercyjnych bez wiedzy i pozwolenia Portalu Laif. Kopiowanie, redagowanie i wykorzystywanie w innych celach publikowanych tu tekstów wymaga indywidualnej zgody Redakcji. Kontakt do redakcji: internet@laif.co.uk.
Tagi: Afykańska podróż