W jeden z piątkowych wieczorów okoliczności były mocno niesprzyjające wypuszczaniu się do miasta na imprezowanie, bo to wietrznie i słotnie, na dodatek po dniówce późno wróciłem do domu. Ale jak mus, to mus - nadejście weekendu trzeba jakoś uczcić.
W jeden z piątkowych wieczorów okoliczności były mocno niesprzyjające wypuszczaniu się do miasta na imprezowanie, bo to wietrznie i słotnie, na dodatek po dniówce późno wróciłem do domu. Ale jak mus, to mus - nadejście weekendu trzeba jakoś uczcić. Wypuściłem się więc z kumplem do lokalnego pubu. Osiedle jest dość councilowskie, ale co to - ja lepszy, że płacę tygodniowo za swój ciasny pokoik tyle, ile oni miesięcznie za kilkupokojowe mieszkania. Nigdy wcześniej w tym pubie nie byłem, mijałem tylko czasem i za każdym razem dźwięki dochodzące z wewnątrz upewniały mnie, że ta karczma "Rzym" powinna się nazywać. Zawodu nie było - za dekami DJ na żywo, Jamajczyk w dredach puszcza dźwięki old school disco zmiksowane z reggae i dub. Szczęśliwy tłumek to pląsa na nieobszernym parkieciku, to pogrywa w bilarda albo rzuca dartsy. Kogóż tam nie było?! Rozchachane sędziwe damy ze szklaneczkami sherry, Murzyn z pobliskiej myjni samochodowej, dresiarze w swoich kreszowych uniformach wlewający w siebie cidera, stadko hipopotamich kształtów młodych Brytolek, a nawet wyżelowany fircyk, którego raczej spodziewałbym się spotkać gdzieś na Soho. Cóż za cudowna biocenoza! Spróbujcie sobie taki pub wyobrazić na waszym osiedlu w Polsce. Już w połowie naszej pierwszej pinty jeden z mocno rozochoconych bywalców w sposób bardzo ekspresywny wyraził swój afekt dla kolesi z Polski, bo ostro - tu zrobił kilka znaczących gestów ręką imitujących wlewanie w siebie kufla za kuflem, a potem - tu zaczął zabawnie się bujać, jakby tańczył kaczuszki. Na koniec pomachał nam przed oczami kciukiem uniesionym sztywno w górę i zakomunikował, że po zamknięciu pubu plan jest następujący - bierze stąd wszystkich ziomali i panienki (te salcesony?!), za rogiem jest monopol, kupujemy browary i idziemy do niego, gdzie czeka mnóstwo haszu do spalenia. Koniecznie musicie wpaść - nalegał. Sielankowy nastrój zakłóciła jednak zaraz potem pewna uwaga. Otóż wreszcie dowiedzieliśmy się, kogóż tu nie ma. A mianowicie: Azjatów i "Pakoli", jak nam obwieścił nasz rozmówca. - Przyjeżdżają tutaj całymi gromadami, a potem w ogóle się nie integrują, trzymają tylko ze sobą. I jeszcze mówią nam, jak mamy żyć! - tu mówca z podniecenia chlusnął sobie Guinessem na własne jasnobłękitne polo. - A potem mówią nam, że to my jesteśmy rasistami, kiedy spuścimy kilku takim manto - tu koleś aż pokraśniał. W ten sposób odkryliśmy złotą zasadę brytyjskiej tolerancji: "Nie pijesz, nie żyjesz." Postawieni przed taką alternatywą, zgadnijcie czy skorzystaliśmy z zaproszenia.
© Fortis Media Limited 2004-2012
Użytkownicy strony laif.co.uk nie mogą wykorzystywać tekstów do celów komercyjnych bez wiedzy i pozwolenia Portalu Laif. Kopiowanie, redagowanie i wykorzystywanie w innych celach publikowanych tu tekstów wymaga indywidualnej zgody Redakcji. Kontakt do redakcji: internet@laif.co.uk.