Któż z nas nie marzył w dzieciństwie, żeby być kowbojem?! Strzelać z rewolweru, rzucać lassem albo ujeżdżać byki lub dzikie konie. Są tacy, którym i dziś, w XXI wieku udaje się spełnić takie marzenia.
Któż z nas nie marzył w dzieciństwie, żeby być kowbojem?! Strzelać z rewolweru, rzucać lassem albo ujeżdżać byki lub dzikie konie. Są tacy, którym i dziś, w XXI wieku udaje się spełnić takie marzenia.
Rodeo to tradycyjny sport północnoamerykański. Kowboje, którzy trudnili się zwykle hodowlą koni i wypasem bydła, aby urozmaicić sobie czas zaczęli rywalizować ze sobą, kto dłużej utrzyma się na szczególnie narowistym koniu albo na byku. Zwłaszcza ujeżdżanie byka należało od zawsze do wyczynów szczególnie niebezpiecznych. Można przy tym łatwo zostać kaleką albo nawet stracić życie. Wiadomo jednak, że właśnie ryzyko podnosi adrenalinę i czyni ten ekstremalny sport szczególnie atrakcyjnym i widowiskowym. Dziś ujeżdżanie byka cieszy się największą popularnością nie tylko w Stanach Zjednoczonych, ale także w Kanadzie, Ameryce Południowej i Australii. Tam właśnie zjeżdżają się śmiałkowie, by rywalizować ze sobą w byczym rodeo, a przy okazji zdobyć całkiem spore pieniądze. Najlepsi zawodnicy w branży, którzy uprawiają ten sport zawodowo i jeżdżą z jednego pokazu na drugi, zarobić mogą rocznie nawet do dwóch milionów dolarów.
Połamane kości
Każdy występ trwa osiem sekund. Tyle wytrzymać trzeba na byku, aby przejść do następnej rundy. Najpierw dosiada się ważącego ponad tonę zwierzęcia, łapie się za uprząż i czeka, aż otworzy się bramka i byk popędzi na arenę. Podczas nadzwyczajnie długich dla jeźdźca ośmiu sekund zwierze robić będzie wszystko, aby zrzucić go ze swojego grzbietu. Będzie podskakiwać, rzucać się, wierzgać i wymachiwać łbem. Jeśli bykowi nie uda się pozbyć intruza przed czasem, to wreszcie, po ośmiu sekundach, rozlega się upragniony dla jeźdźca brzęk dzwonka. To sygnał, że można już zakończyć pojedynek człowieka ze zwierzęciem. Wie o tym człowiek, ale nie byk. Dlatego jeździec znaleźć musi wówczas sposób, jak najlepiej spaść z wierzgającego zwierzęcia i najmniej się przy tym poturbować. Przy tej ostatniej fazie najłatwiej jest bowiem wpaść pod kopyta albo nadziać się na rogi. To nie koniec. Byk łatwo nie odpuszcza. Nie raz zdarza się, że nawet, kiedy zawodnikowi udaje się szczęśliwie upaść na ziemię, żądne zemsty zwierze dopada go i rogami podrzuca do góry.
Każdy uprawiający rodeo zdaje sobie więc sprawę, że o wypadek w tym sporcie nie jest trudno. Nie ma tu sędziego, którego gwizdek przerwałby niebezpieczną akcję. Jeden z najbardziej doświadczonych entuzjastów tej dyscypliny - Adriano Mores twierdzi, że żaden z zawodników rodeo nie zastanawia się, czy zostanie kontuzjowany, ale raczej: kiedy to nastąpi i jak będzie groźne? Podczas swojej dwudziestoletniej kariery Moraes miał ponoć 25 razy złamanie kości w różnych miejscach ciała. Przeszedł też dziewięć poważniejszych operacji. Mając to na względzie współcześni ujeżdżacze często występują w ochraniaczach i kaskach. Jednak i to nie jest w stanie zabezpieczyć ich przed większością kontuzji.
Byczy interes
Jednym z głównych sponsorów ujeżdżania byków jest słynny producent dżinsów - firma Wrangler. To właśnie dzięki kontraktom ze sponsorami zawodnicy zawdzięczają swoje niemałe honoraria. Mistrz świata w ujeżdżaniu byków z 2007 roku - Amerykanin Justin McBride, w ciągu zaledwie jednego roku "wyjeździł sobie" na zawodach milion osiemset tysięcy dolarów! Dzięki temu mógł wreszcie kupić sobie wymarzone ranczo i nagrać płytę, oczywiście z muzyką country.
Wychodzi na to, że byczy interes ma się nadspodziewanie dobrze. Transmisje z najciekawszych zawodów prowadzą największe stacje telewizyjne w USA, takie jak NBC czy Fox. Nic dziwnego, że zawody odbywają się dziś nie tylko na "dzikim zachodzie", ale także na przykład w samym sercu Nowego Jorku, słynnej hali Medison Square Garden. Badania marketingowe dowodzą, że liczba fanów tej dyscypliny sportu wynosi 19 milionów. Firma Bull Riders Inc., główny organizator i udziałowiec zawodów, czerpie ogromne zyski nie tylko z turniejów, ale i ze sprzedaży pamiątek.
Do krwi
- Bez względu na to, jakie pieniądze dostaniesz, musisz ostrożnie z nimi postępować. W następnym tygodniu możesz zostać kontuzjowany i potem nie będziesz mógł zarabiać przez następne pół roku - mówi jeden z najsłynniejszych ujeżdżaczy byków, Brazylijczyk Valdiron de Oliveira. On dobrze wie, jakie ryzyko niesie ze sobą uprawianie tej dyscypliny. W 2007 roku spędził tydzień w szpitalu po tym, jak podczas jednego z występów przeszło tonowy kolos stanął na jego brzuchu. Po innym, od kurczowego trzymania się uprzęży poprzecinał sobie dłonie do krwi. Takie wypadki to na byczym rodeo codzienność. Może właśnie dlatego najbardziej doświadczeni ujeżdżacze twierdzą, że to jeden z ostatnich prawdziwych sportów. Tu nie ma żadnych gwarancji, ani żadnych kontraktów. - mówią. - Musisz dosiąść byka i po prostu wygrać. Przez osiem sekund wszystko można zyskać, ale i wszystko stracić. (Jacek Papis)
© Fortis Media Limited 2004-2012
Użytkownicy strony laif.co.uk nie mogą wykorzystywać tekstów do celów komercyjnych bez wiedzy i pozwolenia Portalu Laif. Kopiowanie, redagowanie i wykorzystywanie w innych celach publikowanych tu tekstów wymaga indywidualnej zgody Redakcji. Kontakt do redakcji: internet@laif.co.uk.
Tagi: być kowbojem, strzelać z rewolweru, rzucać lassem, ujeżdżać byki lub dzikie konie