W bardzo światowej gazecie pewien bardzo światowy felietonista dzieli się ze swoimi bardzo obytymi czytelnikami wrażeniami z wypicia filiżanki kawy w londyńskiej kawiarni.
W bardzo światowej gazecie pewien bardzo światowy felietonista dzieli się ze swoimi bardzo obytymi czytelnikami wrażeniami z wypicia filiżanki kawy w londyńskiej kawiarni: „I wiecie co, bardzo miła ta polska obsługa. Taka uprzejma i uśmiechnięta...”. Hmm, no dobrze, ale właściwie jaka inna miałaby być? – zdaje się narzucać oczywiste pytanie. I za to właśnie nas, Polaków... hmm... sobie chwalą, powiedzmy. No bo obsługa mogłaby być na przykład á la France, czyli morda znużona, nos zadarty, podejście „czego ty ode mnie chcesz prostaku”.
Mogłaby to też być obsługa italiana, czyli stoimy na progu w pozie „jak się wypnę, to może mnie ktoś klepnie” i fajczymy, oglądając się za zadeczkami. Klienta, jeśli uda się nam zauważyć, nie zrozumiemy, a już zwłaszcza nie będziemy mu w stanie wyjaśnić, co to jest „carmel macchiato”. No bo carmel macchiato to... carmel macchiato, si? Ale nie, obsługa polska jest solenna, żeby nie powiedzieć ‘sieriozna’. Truchcikiem po zamówienie, uśmiech „przepraszam, że żyję” i serwis „nawet nie chcę twojego napiwku, tylko nie spojrzyj na mnie krzywo”. Najlepiej nie patrz na mnie w ogóle. Udawaj, że mamy na wyposażeniu lokalu mebelki „stoliczku, nakryj się”. I stąd „sobie nas chwalą”. Dobry Polak, dobry, ładnie herbatkę podał, no chodź, to cię poczochram. Podaj łapę! Takie upupianie polaczka. Jak to czytałem, to sobie tak pomyślałem: Ach jo, czy to się już nigdy nie skończy? Czy to już tak na zawsze będziemy tym czarująco nieśmiałym synem kucharki, któremu wielmożna pani pozwala bawić się razem z paniczem, żeby udowodnić, jaka jest nowoczesna i demokratyczna? Czy ja bym chciał, żeby było odwrotnie? Żeby ganili, że brudasy, chamy i prymitywy, że same buraki i ćwikła z Manieczek najechała? Może jednak nie. Wystarczy, że sami o sobie tak myślimy. Postawa w stylu jak się nadmę, to będę się wydawał większy i wszyscy się mnie ulękną, też podśmierduje żeurozą. Bo najczęściej w takich wypadkach najbardziej wydyma się niekoniecznie ta część ciała, którą byśmy chcieli najbardziej, i zamiast dumnej męskości w stylu Gary Cooper wychodzi jakiś kaczy kuper. A z kaczego kupra jeszcze czasem coś się wymsknie dodatkowo nieświeżego. Ja bym chciał, żeby tak może w ogóle nie zastanawiali się, nie debatowali i nie gapili, jak na zamorskie stwory:
- O, mama, patrz, Polak idzie!
- Darling, to niegrzecznie tak pokazywać palcem. To nie małpka.
Są, bo są – wielkie mi mecyje. Bo wtedy dopiero będziemy częścią całości, a nie ciałem obcym, nad którym ktoś zastanawia się, czy toto uwiera, czy może przyjemnie uciska i kręci. Czasem też possa. I jak tanio! I tak się sobie frasuję nad tym kelnerskim uśmiechem i frasuję, aż nagle przyszła mi do głowy myśl: zaraz, zaraz, od kiedy my tu w tej Unii się tak uśmiechamy, że jeszcze ciągle się tak dziwują, że ktoś z przedmurza Azji może mieć taki prosty zgryz? Kochani, toż to dopiero trzecie święto lasu, odkąd kapucha z grochem won!, my teraz spanielki, co lecą na brukselki. A i tak na razie osiągnięcia polskiej ortodoncji szczerzymy tylko w Londynie i jego przyległościach. Do innych bogatych wujków to my dopiero się uśmiechniemy. Oj, uśmiechniemy!
© Fortis Media Limited 2004-2012
Użytkownicy strony laif.co.uk nie mogą wykorzystywać tekstów do celów komercyjnych bez wiedzy i pozwolenia Portalu Laif. Kopiowanie, redagowanie i wykorzystywanie w innych celach publikowanych tu tekstów wymaga indywidualnej zgody Redakcji. Kontakt do redakcji: internet@laif.co.uk.
Tagi: święto lasu, carmel macchiato, londyńskie kawiarnie