W ogródku sąsiadów jest bardzo dzietnie. Małpeczki mają do dyspozycji liczne kolorowe huśtawki, drabinki, zjeżdżalnie, wózeczki, hulajnogi i co tam tylko chcesz. Aż miło czasem popatrzeć, jak dokazują.
Ach, jak to szczęśliwie być takim słodkim brzdącem, co skoro tylko otworzy oczka zaraz przeżywa erupcję energii życiowej, czym prędzej rusza ku nowemu, pełnemu atrakcji dniu. Nie to co stare leniuchy, które wylegiwałyby się w weekend w wyrkach do południa, albo i dłużej, gdyby sumienie nie ruszało, że życie ucieka, że śmierć coraz bliżej i że może to ostatnie chwile przed końcem świata. Bo w wieku dojrzałym człowiek budzi się zupełnie nie do życia. Zwłaszcza w weekendy jakiś taki sterany. Suchość w ustach, język szorstki, dziwnie gorzki smak na podniebieniu, światłowstręt, niechęć do doznań słuchowych. Starość nie radość, pogrzeb nie wesele. Czy te cholerne bachory muszą się tak drzeć?! Słońce zaglądające przez okno zmusza do zwleczenia się z barłogu. Żeby domknąć żaluzje i opróżniwszy jednym bulgotliwym haustem butelkę mineralki zalegnąć ponownie i udawać dalej, że dopiero poranne wstają zorze, że nie będzie nieprzyzwoitością wrócić do łóżka jeszcze na pół dnia. Skoro człowiek siłą autosugestii zacznie imaginować sobie, że piski za oknem to kojący szum morskich fal, budzą się do życia kolejni sąsiedzi - ci z naprzeciwka. Muszą to być Rosjanie. Poznać to po skoczności melodii z kreskówki "Wilk i zając", którą puszczają sobie na dzień dobry. Zajmują wielki apartament w dawnym budynku fabrycznym. Nikt nigdy ich nie widział, gdyż ich okna, i pewnie nie tylko, są na dużo wyższym poziomie niż pozostałych mieszkańców okolicy. Czasem ich czarna limuzyna cicho wynurza się z podziemnego parkingu, ale twarzy i tak nie da się dojrzeć zza przyciemnianych szyb. Może to sam Roman Abramowicz uwił tam swoje tajemne gniazdko schadzek. Tuż po przebudzeniu baraszkuje z Darią Zhukovą do rytmu "Nu, Zajec! Pogodi!". No, gdyby mnie tak która zachęciła, też bym zaczął kicać. Ale skoro to tylko zajęcze jęki zza okna, lepiej przewrócić się na drugi bok i udawać, że to kołysanka. A nuż coś miłego się przyśni... Chociaż można by spróbować sprzedać temat którejś z bulwarówek. Oni lubią takie jęczące tematy. Albo może zamiast tego lepiej zaprzyjaźnić się z Romanem. Na pewno z radością powitałby przyjaciela z naprzeciwka, który mógłby za niewielką grzecznościową opłatą doglądać, jak się sprawuje jego flama pod nieobecność pana domu. No nic, trzeba wstać i działać. Ale co, jeśli to jednak nie Roman Abramowicz, ale rosyjska mafia zaadaptowała lokal na salę tortur. Puszczają muzykę na cały regulator, aby zagłuszyć krzyki tych, którym właśnie wyrywają paznokcie, przypiekają pięty lub miażdżą czaszkę. Auć! W takim wypadku lepiej schować się jeszcze głębiej pod kołdrę i przeczekać, aż zrobi się bezpieczniej. Bezpieczniej - znaczy, aby po zmroku! Pewnie dlatego stan ten zowią pomrocznością.
© Fortis Media Limited 2004-2012
Użytkownicy strony laif.co.uk nie mogą wykorzystywać tekstów do celów komercyjnych bez wiedzy i pozwolenia Portalu Laif. Kopiowanie, redagowanie i wykorzystywanie w innych celach publikowanych tu tekstów wymaga indywidualnej zgody Redakcji. Kontakt do redakcji: internet@laif.co.uk.
Tagi: felieton, Jaromir Rutkowski,