Oskarżeni o udział w nielegalnym rave party w lecie zeszłego roku stanęli wreszcie przed sądem. Ich towarzysze zapowiadają, że tylko wzmoże to ich determinację w walce o prawo do imprezy.
Przed sądem w Milton Keynes rozpoczęła się sprawa sądowa przeciwko 23-letniemu Jasonowi Edwardsowi, oskarżonemu o udział w potężnym nielegalnym techno party, które alternatywna młodzież usiłowała zorganizować w sierpniu zeszłego roku podczas długiego weekendu w Great Chesterford w Essex. Sprawa jest precedensowa. Dotychczas "dzikich" imprezowiczów ścigano pod najróżniejszymi innymi pretekstami. Tym razem ktoś po raz pierwszy będzie cierpiał za "freetek", czyli wolne, bo nieskomercjalizowane techno. Podstawą oskarżenia jest wydany w 2003 roku Anti-social Behaviour Act, zwany w skrócie ASBO, który zaostrza przepisy wobec nielegalnych tanecznych zgromadzeń młodzieży nawet w stosunku do słynnych restrykcji prawnych wprowadzonych przez ultrakonserwatywny rząd podczas ostatniej tego typu fali wydarzeń na początku lat 90.
Peace, love and dehydration
Do legendy przeszło już tak zwane drugie lato miłości, nazwą nawiązujące do wydarzeń z 1967 roku, kiedy to spontaniczny letni festiwal w San Francisco okazał się kulminacją ery hippisowskiej kontrkultury, a tysiące ludzi z całego świata zjednoczyły się w nowym społecznym doświadczeniu. Tym razem latem 1988 roku i w Wielkiej Brytanii niesamowity rozkwit przeżyła kontrkultura rave, przejawiająca się w spontanicznych i zorganizowanych poza prawem gigantycznych imprezach przy muzyce Acid House, która łączyła szybki taneczny elektroniczny beat z klimatem psychodeli charakterystycznym dla muzyki lat 60. Podobnie jak dwie dekady wcześniej, dzięki dużemu spożyciu narkotyków wydarzenia te charakteryzowała specyficzna atmosfera wszechogarniającej miłości i zjednoczenia. Tym razem nie za sprawą LSD jednak, a tabletek ecstasy. Hasłem "Peace, love and dehydration", czyli miłość, pokój i odwodnienie, parafrazowano wówczas hippisowski slogan, żartobliwie opisując stan, do jakiego doprowadzali się niektórzy uczestnicy tych imprez tańcząc nawet przez kilkanaście godzin bez ustanku. Kres temu ruchowi alternatywnej młodzieży przyniósł słynny paragraf 63 Criminal Justice and Public Order Act z 1994 roku z tak często wyszydzanym zapisem zakazującym "zgromadzeń na przestrzeni otwartej, gdzie głośna muzyka charakteryzująca się zwłaszcza intensywnym powtarzającym się rytmem grana jest podczas nocy".
Wyścig zbrojeń
Po latach spokoju, latem 2006 roku, policja znowu odnotowała znaczny wzrost liczby "zakłóceń spokoju" powodowanych przez grupy młodzieży tańczącej "na dziko" w polu lub w lesie przy dźwiękach głośnej muzyki techno płynącej z soundsystemów mieszczących się choćby w niewielkich vanach.
- To jak kolejne lato miłości - okrzyknęły media. Policja, choć już nie pod rządami konserwatystów, jak poprzednim razem, potrzebowała spektakularnej akcji, aby pokazać, że ma sytuację pod kontrolą.
- Naszą pracą jest ochrona prawa - powiedział Mike Ellis, koordynator policji do spraw porządku publicznego. - Nasz stosunek do nielegalnych lub zakłócających społeczny spokój imprez tanecznych jest bardzo stanowczy. W znacznym stopniu dezorganizują one życie mieszkańców i dlatego akcje przeciwko nim będą podejmowane niezwłocznie - ostrzegał.
Rozpoczął się "wyścig zbrojeń", czy też jak wolą to zwać inni "zabawa w kotka i myszkę". Młodzież starała się organizować coraz większe imprezy, aby zagrać na nosie stróżom prawa. Rozwojowi sytuacji kibicowały największe media. Wreszcie policji udało się w porę zlokalizować planowane miejsce megazlotu tysięcy amatorów "wolnego techno" i zneutralizować wydarzenie przy pomocy armatek wodnych, policyjnych pałek, psów i aresztowań.
Na złość władzom
W tym roku sezon polowań na rave party rozpoczął się wcześnie, bo już pod koniec stycznia, w Manchesterze, kiedy to akcja policji mająca na celu zneutralizowanie dopiero się rozpoczynającej imprezy w opuszczonym budynku przemysłowym spowodowała zamieszki młodzieży nadciągającej na imprezę ze wszystkich stron miasta.
- Zachowanie policji jest idiotyczne - komentuje Nils z Goeteborga, od pięciu lat żywo uczestniczący w życiu alternatywnej sceny techno w Londynie. - Nie rozumiem, dlaczego toleruje się tłumy agresywnych i pijanych dresiarzy w klubach w centrum miasta, a nam zabrania się nikomu nie szkodzących imprez na uboczu. Chyba tylko dlatego, że na nich nie zarabia żaden wielki przemysł - oburza się. Według niego rave party zazwyczaj organizowane są w miejscach odludnych, jak pola lasy czy opustoszałe dzielnice przemysłowe.
- Nikomu nie zależy, żeby zakłócać spokój okolicznych mieszkańców, bo to zawsze oznacza wizytę policji. Nie chcemy też nieproszonych gości. O imprezie wiedzą zwykle tylko ci, którzy mają wiedzieć - mówi. Dzięki temu na tego typu wydarzeniach nigdy nie dochodzi do żadnych nieporozumień, bo każdy wie, czego oczekiwać i po to właśnie tam przychodzi. Interwencje policji to według niego codzienność. Zazwyczaj kończą się konfiskatą sprzętu grającego, zatrzymaniem na kilka godzin jednej lub dwóch osób, najczęściej tych, które podejrzane są o rozprowadzanie narkotyków.
- Właściwie nic nikomu się nie dzieje. Taki sobie pieprzyk emocji. Bez tej otoczki undergroundu, nielegalności i buntu wobec mieszczańskich zasad społecznych te imprezy straciłyby połowę swojego uroku i popularności. Policja sama sobie robi na złość - kwituje. Wszystko wskazuje więc na to, że latem tego roku wydarzenia znowu potoczą się wedle słów utworu Beastie Boys: "You gotta fight for your right to party!", czyli "musisz walczyć o swoje prawo do zabawy".
Jaromir Rutkowski
© Fortis Media Limited 2004-2012
Użytkownicy strony laif.co.uk nie mogą wykorzystywać tekstów do celów komercyjnych bez wiedzy i pozwolenia Portalu Laif. Kopiowanie, redagowanie i wykorzystywanie w innych celach publikowanych tu tekstów wymaga indywidualnej zgody Redakcji. Kontakt do redakcji: internet@laif.co.uk.
Tagi: rave party, Anti-social Behaviour Act,