Z byłym premierem Kazimierzem Marcinkiewiczem o powodzeniu polskich dziewczyn, dyskotekach na Soho, prawidłowym używaniu natury oraz jego nowym życiu w Londynie rozmawia Jaromir Rutkowski.
- Czy Londyn to dla Pana coś nowego?
- W Londynie bywałem już wcześniej, bo się tutaj już jakieś pięć lat temu zacząłem uczyć języka. Kilka razy chodziłem do szkół w czasie takich dwu-, czterotygodniowych wizyt. To najlepszy sposób na poznanie miasta, bo właściwie nic innego się nie robi tylko chodzi, a ja jestem zawzięty, co do poznawania, więc byłem wszędzie: w National Gallery, w wielu muzeach, w kinie wiele razy, nawet w teatrze. Na Soho też chodziłem na dyskoteki. Nazw już nie pamiętam, ale na pewno bym tam trafił. To, co mnie wtedy zawsze zaskakiwało, czego w Warszawie nie ma, to że po wyjściu z dyskoteki nad ranem, zastaje się Londyn totalnie żywym, pełnym samochodów i tłumów osób ciągnących chodnikami. Nieprawdopodobne!
- To tak jakby Pan był znowu studentem...
- W takim jeszcze wieku studenckim wtedy byłem, bo wiek studencki potrafi być bardzo długi. Otrzymałem zresztą wtedy tutaj jeden z największych komplementów w swoim życiu. Niedaleko Trafalgar Square miałem okazję się przedstawić grupie kilkunastu młodych, dwudziestokilkuletnich dziewczyn. Mówiłem im, że mam czterdzieści trzy lata. One na to, że chyba trzydzieści cztery. Nie, nie, czterdzieści trzy - musiałem zaprzeczać. One jednak nie mogły uwierzyć: trzydzieści cztery. Nie no, czterdzieści trzy. Na pewno, przecież wiem, ile mam lat - przekonywałem. Zapamiętam tę chwilę do końca życia. Coś pięknego. Takie młode dziewczyny!
- Czy jako były premier Rzeczypospolitej dalej będzie Pan znowu wychodził na Soho?
- A dlaczego nie?
- To BOR-owcy niczego już Panu nie zabraniają?
- Nie, zupełnie nie. Nie mam żadnej ochrony. Jestem totalnie wolnym człowiekiem, dlatego jestem bardzo szczęśliwy. Gdy byłem premierem i miałem ochronę, to udało mi się tylko kilka razy im uciec. Raz tylko po to, żeby sobie chociaż trochę pojeździć samochodem, bo tego też nie było mi wolno. BOR-owcy jechali za mną, ale udało mi się im uciec. W parę innych miejsc też jeszcze udało mi się uciec, ale nie będę wszystkiego zdradzał. Dziś już nie muszę nikomu uciekać. Mogę żyć swobodnie. W tej chwili mieszkam w Londynie, w zupełnie normalnym mieszkaniu. W ciągu kilku tygodni będę musiał sobie wynająć coś własnego. Myślę, że będę szukał czegoś w centrum, w pierwszej "zonie". Na szczęście bank zapewnia pomoc w tym przedsięwzięciu. Do pracy dojeżdżam metrem.
- Jak wygląda Pański dzień zajęć?
- W tej początkowej mojej fazie pracy tutaj to przede wszystkim zapoznawanie się z całą masą dokumentów. Muszę zdobyć wiedzę na temat działalności banku, a więc przeczytać raporty nie tylko z poprzedniego roku, ale także z poprzednich lat. To daje większą perspektywę i pozwala łatwiej podejmować decyzje na temat przyszłości instytucji. Poza tym przygotowuję się do poszczególnych spotkań. Bank działa tak, że jesteśmy członkami różnych komitetów, które przygotowują dla zarządu decyzje. Oczywiście my, dyrektorzy, spotykamy się także między sobą i wymieniamy informacje dotyczące kolejnych działań. Będę też od czasu do czasu jeździł do Warszawy, żeby spotykać się tam z ministrami, z prezesem Narodowego Banku Polskiego i ustalać, co warto by jeszcze w Polsce zrobić.
- Jak się Panu podoba multikulturowość Londynu i wolność obyczajów, która w nim panuje?
- Jeżeli chodzi o to, że tu są wszystkie narodowości, rasy, wyznania, kultury, to dla mnie to jest totalna zaleta. Spotykanie ludzi różnych, innych, to jest to, co ja bardzo lubię. W ten sposób człowiek się bardzo wielu rzeczy dowiaduje. Będąc w Londynie, można poznać cały świat, nie objeżdżając wszystkich kontynentów. Bo tu się spotka reprezentantów wszystkich kultur świata. To wielki tygiel. Będą przypadki mieszanych małżeństw. Nasze dziewczyny są przecież bardzo piękne, więc na pewno będą podrywane przez Brytyjczyków i nie tylko...
- Czy pojawia się tutaj jakiś element zazdrości?
- Nie powiem. Żeby nie skłamać. Dla mnie Londyn jest stolicą świata. Nie Nowy Jork, a właśnie Londyn. Nie tylko ze względu na to, że jest tu tyle kultur, ale także dlatego że jest po prostu dobrze zorganizowany i że pomimo takich ogromnych jego rozmiarów, życie w nim jest możliwe.
- To jeśli chodzi o mniejszości etniczne, a co z seksualnymi?
- Dla mnie wolność jest bardzo ważna. Człowiek rodzi się po to, żeby być wolnym. Nie chodzi oczywiście o wolność od wszystkiego, ale wolność, którą uprawia się bez naruszania wolności innego człowieka. Dopóki ktoś mi nie wchodzi w drogę, nie widzę powodów, żebym ja nie akceptował jego wolności. Oczywiście takie zbytnie obnoszenie się ze swoją innością, ze swoją wolnością od wszystkiego, moim zdaniem także od natury, to jest coś, co nie ma mojego poparcia. Chociaż niczego takiego, co by mnie raziło, jeszcze tutaj w Londynie nie spotkałem.
- A doroczna parada gejów i lesbijek głównymi ulicami Londynu, poprzebieranych w dziwaczne i kolorowe stroje, to już jest przekroczenie tej granicy? W Warszawie im tego zabroniono.
- Wolność demonstracji to jedna z najważniejszych zasad każdego państwa demokratycznego. I tę wolność przedkładam ponad wiele. Natomiast nie chcę, żeby ktokolwiek zaglądał do mojego łóżka, ani pokazywał mi swoje łóżko. Jeśli więc ktoś chce demonstrować swoje przekonania w tym względzie, to mnie się to nie podoba.
- A zalegalizowanie w Wielkiej Brytanii homoseksualnych związków partnerskich?
- Nie chcę się wtrącać w politykę tego kraju, ale ja osobiście nie uważam, żeby to było słuszne. Myślę też, że może to być niebezpieczne dla rozwoju świata, bo może się on rozwijać tylko wtedy, kiedy natura będzie odpowiednio używana i będzie prowadziła do tego rozwoju.
- Czy zamierza Pan sprowadzić rodzinę?
- Na razie jestem sam i mieszkam w wynajętym naprędce mieszkaniu. Szukam tego właściwego i mam nadzieję, że przeprowadzę się do niego do końca marca. Jest szansa na to, żeby żona i najmłodszy syn, 12-letni, przyjechali do mnie do Londynu. Pewnie będzie to w lipcu, bo żona jest nauczycielem trzeciej klasy w szkole podstawowej i nie rzuci swoich dzieci nawet dla mnie. Pozostała trójka moich dzieci, córka i syn w wieku 20 i 23 lat, studiują, najstarszy syn ma 24 lata i już jest samodzielny, pracuje - może się tak zdarzyć, że któreś z nich jeszcze do mnie do Londynu na studia przyjedzie, ale to już jest sprawa bardziej skomplikowana.
- Ile Pan zarabia?
- Ta informacja widnieje w Internecie. Ja jeszcze nie sprawdzałem, prawdę mówiąc. Jeżeli chodzi o dyrektorów wykonawczych EBOR to jest to coś około 100 tysięcy funtów rocznie brutto.
- Czy są jakieś dodatkowe apanaże, jak na przykład samochód służbowy?
- Nie, nie ma żadnych służbowych samochodów, ani szoferów.
- Jak jest Pan przygotowany językowo do pracy na Wyspach?
- I dobrze, i źle. Nie mam problemów, żeby się dogadać z moją sekretarką, czy z innymi dyrektorami, sam załatwiam z agencją wskazaną przez bank sprawy wynajęcia swojego mieszkania, odbieram telefony po angielsku. Ale nie jestem zadowolony z poziomu mojego angielskiego, chociaż mam nadzieję w ciągu kilku tygodni podciągnąć się znacząco. Problem jest inny. Tutaj w banku funkcjonuje bardzo specyficzny język angielski. To już nie jest nawet "business English". To jest jakiś "bank English", specjalne słownictwo bankowe. W związku z tym siedząc tutaj i czytając te wszystkie dokumenty bankowe, uczę się tego języka. Jeśli mogę odczytać, to mam nadzieję, że i z mówieniem też nie będę miał problemów.
- Czyli ta praca to również taka trochę szkoła językowa?
- Mnie to jest dosyć potrzebne. Jestem perfekcjonistą. Staram się wszystko, co robię, robić jak najlepiej. Nawet jak prasuję koszulę. Nikt mi jej nie wyprasuje tak jak ja. W związku z tym mówienie po angielsku sprawia mi ten psychologiczny kłopot, że nie jestem z tego mówienia zadowolony. Ale nie mam innego wyjścia. Kiedy idę na lunch z dyrektorem z innego kraju, to muszę z nim rozmawiać po angielsku.
- Czy myśli Pan, że wkrótce stęskni się Pan za Polską i też będzie chodził do sklepu kupować kabanosy?
- Jedzenie? Ja żyję poza domem od kilkunastu lat. W 1992 roku zostałem wiceministrem, wyjechałem do Warszawy, żywię się w restauracjach, pubach i myślę, że całkiem nieźle żyję (wskazuje na swój brzuch). Dla mnie kuchnia chińska, japońska, włoska, francuska to jest wszystko to, co lubię. Lubię jeść dobrze. Niedużo, ale dobrze. Jak jadę do domu, to jem polskie jedzenie i żona się wtedy bardzo stara, żeby to właśnie było to, co najbardziej lubię. Ale bardzo lubię różnorodność. Jestem fizykiem i zawsze kierowałem się tym, że różnica potencjałów wywołuje ruch. Woda, wodospad, energia. Jeśli to jest uporządkowane, jeśli człowiek panuje nad różnorodnością, to ma z tego rozwój większy, niż gdziekolwiek indziej. Różnorodność jest dla rozwoju kapitalna. Jak się nad nią nie zapanuje to mamy błyskawice i huragany.
- A czy włączy się Pan w życie polskiej społeczności?
- Mam już zaproszenia. Między innymi do pewnej polsko-brytyjskiej grupy biznesowej. Spotkam się z nimi wkrótce. Jest też organizacja w city, która przysłała zaproszenie mailem. Spotkałem się już nawet z jej przedstawicielką. Chcą też zorganizować jakieś spotkanie. Byłem w ambasadzie u Pani ambasador i oddałem się do dyspozycji w sprawach tego, co dzieje się tu, dotyczy społeczności polskiej. Będę uczestniczył w tym, co się dzieje polskiego w Londynie, bo myślę, że mogę trochę pomóc, trochę dać z siebie, ale też i trochę wziąć i rozmawiać z rodakami.
© Fortis Media Limited 2004-2012
Użytkownicy strony laif.co.uk nie mogą wykorzystywać tekstów do celów komercyjnych bez wiedzy i pozwolenia Portalu Laif. Kopiowanie, redagowanie i wykorzystywanie w innych celach publikowanych tu tekstów wymaga indywidualnej zgody Redakcji. Kontakt do redakcji: internet@laif.co.uk.
Tagi: Kazimierz Marcinkiewicz, polskie dziewczyny, dyskoteki na soho,