O wojnie elektronicznej, komputerze, który zastąpił działonowego i obrońcach ojczyzny w dżinsach rozmawiamy z Piotrem Wojciechowskim, prezesem WB Electronics, czołowej polskiej firmy produkującej systemy zarządzania polem walki.
Gdy byłem w liceum, a potem w wojsku, opowiadano nam na lekcjach przysposobienia obronnego o wojnie elektronicznej. Ale w latach 80. to była jakaś gigantyczna "science fiction". U nas w jednostce nawet megafon na ciężarówce nie działał. A tu proszę, rozmawiam z kimś, kto tę wojnę elektroniczną projektuje, rzec można. Wasz komputerowy system artyleryjski TOPAZ jest podobno najlepszy na świecie.
- Wojna elektroniczna? W pewnym sensie można tak powiedzieć, ale tylko w pewnym sensie, bo prawdziwa wojna elektroniczna to taka, gdzie następuje lokalizowanie, zagłuszanie i tego typu sprawy. My natomiast zastępujemy komputerem człowieka. To komputer ma mieć tak zwaną pełną świadomość pola walki. On steruje bronią, on ją wycelowuje, on wybiera, w co ją wycelować, on w końcu decyduje kiedy strzelać, a kiedy ostrzału zaprzestać.
To już nie ma tak, że działonowy przykłada oko do rury i pociąga za wajchę?
- Tak było kiedyś, jeszcze w latach 80. Doktryna przewidywała, że ustawia się setki dział, z których rąbie się do wroga. Zawsze któryś tam pocisk doleci do celu. Ale ta wielka nawała ogniowa na ogół miewała minimalną skuteczność. No i była strasznym marnotrawstwem. Czasami też kładła ogień na swoich. Dziś, gdy mamy do czynienia z wojną symetryczną, co oznacza, że nie ma dwóch linii frontu, wszystko jest wymieszane. Walczą małe jednostki ogniowe, ogień musi być precyzyjny, trzeba trafiać we wroga, a nie w swoich i nie można marnować amunicji. Proszę mi wierzyć, szybkość reakcji człowieka nie ma w takich warunkach szans z komputerem.
To człowiek tylko naciska guzik?
- Tak. Nie ma celowniczego, bo jak tu trafić okiem w cel odległy o 60 kilometrów? Żołnierz nawet nie widzi, w co strzelił.
A wie przynajmniej, czy trafił?
- Tak, musi być jakiś element obserwacji terenu, żeby niepotrzebnie nie strzelać. Na ogół jest to samolot bezzałogowy. Tak działała 21 Brygada US Army podczas wojny w Iraku.
A teraz tak działa polska armia za sprawą małej firmy WB Electronics z Ożarowa. Skąd się wzięliście?
- Nie takiej już małej (śmiech). Ale prawda jest taka, że startowałem z 600 dolarami w kieszeni. Byłem żonaty, nie miałem mieszkania. Dziś nasz komputerowy system sterowania artyleryjskim ogniem TOPAZ jest najlepszy na świecie. Dostaliśmy cztery Defendery, czyli nagrody w dziedzinie obronności (od red. - "defender" to po angielsku obrońca).
A zaczęło się.
- A zaczęło się od zlecenia z Wojskowej Akademii Technicznej. To skutek różnych kontaktów w środowisku inżynierskim, z którego się wywodzę. Do mnie i mojego obecnego wspólnika, od którego nazwiska nasza firma wzięła kawałek nazwy, bo WB to skrót od Wojciechowski-Bartosiewicz, zwrócono się z prośbą o skonstruowanie urządzenia, które wtedy wojskowym wydawało się supernowoczesne i super trudne. To było 10 lat temu. Okazało się wtedy, że urządzenie choć bardzo łatwe w obsłudze, wcale nie było tak nowoczesne, jak sądzili wojskowi. Zrobiliśmy je, ale przy okazji przekonaliśmy się, że rynek wojskowy jest w tej dziedzinie dziewiczy. Nie było komputerów, nie było nic. Można powiedzieć, że artyleria posługiwała się metodami jak z wojen napoleońskich. Pomyśleliśmy. a czemu by nie naprowadzać pocisków komputerowo? Ponadto, wydawało nam się, że na zachodzie to już są wojny gwiezdne, wiadomo Reagan i te sprawy. Myśleliśmy, że oni już dawno mają to, co nam zakiełkowało w głowach. To był efekt myślenia filmowego i naszej polskiej rzeczywistości PRL-owskiej, które spowodowały, że nawet jak w czymś nie byliśmy do tyłu, to nam się wydawało, że byliśmy. No i skutek jest taki, że już 10 polskich dywizjonów jest wyposażonych od 10 lat w TOPAZA, podczas gdy w takiej Francji tylko jeden dywizjon ma podobny system i to dopiero od 2005 roku. Ponadto nasz był dużo, dużo tańszy, bo robiony prywatnymi, czyli naszymi, nakładami. To była rewolucja w polskiej armii.
Rozumiem, że w każdym dziale samobieżnym, które przypomina czołg, jest komputer, tak?
- Tak, to było początkowo straszne ograniczenie. Bo komputer to kiedyś było Bóg wie co. Drogi, skomplikowany, wrażliwy na wstrząsy, na wodę. Ale przez to, że sprzęt tak rewolucyjnie staniał, nie szkoda go. Inaczej mówiąc: zepsuje się jeden komputer, to się go wyrzuci i zastąpi drugim. Zresztą są one teraz wytrzymałe. No i jest różnica między komputerem cywilnym a wojskowym. To jak ziemia i niebo, z tym, że wojskowy jest zaprogramowany tylko na jedno zadanie.
I sobie czołgiści nie mogą oglądać YouTube w przerwach na poligonie?
- Fajnie by było, ale nie mogą (śmiech). Tam jest tylko jedno wgrane zadanie.
Ale przecież uczono nas na wspomnianych już lekcjach PO, że jak przyjdzie fala elektromagnetyczna, którą wtedy wysłać miało wredne NATO, a teraz pewnie Rosja, to cała elektronika kaput! I co wtedy? Celownik i wajcha?
- Wtedy to już tylko maczuga (śmiech). Jeśli ją zdążymy wystrugać! Proszę pana, każde urządzenie musi spełniać teraz wiele norm, także normy odporności elektromagnetycznej. Nasze systemy nie boją się fali magnetycznej. Bardziej bym się martwił o soczewki w urządzeniach optycznych.
A nie podchodzą was obce wywiady? Prywatna firma pracująca na rzecz wojska to łakomy kąsek dla agentów. Skąd pan wie, że nie jestem z Mossadu albo z KGB?
- Bo pana polecono. Nie, nie odczułem, żeby jakiś wywiad mnie podchodził, nie boimy się tego, umiemy chronić swoje tajemnice. Poza tym nasi pracownicy mają świadomość, że jak zdradzą tajemnicę firmy, że jak ktoś nam uprowadzi technologię, to oni stracą miejsca pracy, stracą swoje dobre zajęcie, zarobek, a często i pasję życia.
A jakieś światowe koncerny zbrojeniowe nie chciały was kupić, wchłonąć? Przecież pan mógłby teraz pracować sobie spokojnie gdzieś w jakimś forcie na pustyni Nevada i być noszony na rękach przez amerykańskich generałów.
- Pewnie naszej firmie byłoby wtedy dużo, dużo łatwiej niż w Polsce, ale my jednak wolimy umacniać obronność swojej ojczyzny, jakkolwiek pompatycznie by to zabrzmiało. Pan się zdziwi, ale polski przemysł zbrojeniowy jest najnowocześniejszym w świecie. Miło nam, że się do tego przyczyniamy. Wszystko u nas jest polskie. Chociaż nie, rama do Sofara, czyli samolociku bezzałogowego jest jeszcze izraelska, ale pracujemy nad jej, że tak powiem, spolszczeniem.
Ten słynny bezzałogowy samolocik, z którego ABW śledziła Leppera? Też to robicie?
- Nie wiem, czy akurat naszym wyrobem go śledzono. Ale robimy takie samoloty, bo one muszą meldować o trafieniach, celach i tak dalej. To składowa część systemu. Robimy także Rufusy, takie mini sterowce do obserwacji terenu. Prowadzono z nich już monitoring mszy Benedykta XVI na krakowskich Błoniach, mecz Legia - Górnik, Przystanek Woodstock. To taki trochę Orwell, bezgłośna kontrola ludzi, bo taki samolocik leci bez dźwięku, z dołu wygląda jak ptak, a widzi wszystko. Trochę przerażające.
Przecież sam pan to produkuje!
- Dla dobra idei! Żeby podczas wojny chronić ludzi, żeby ostrzegać, żeby bronić.
Tacy fruwający szpiedzy są potem brani za UFO. Mamy akurat artykuł o tym, jak polscy piloci spotykali dziwne obiekty.
- A tak, tak. (śmiech). Niedawno w Ożarowie nadmuchaliśmy Rufusa, żeby go przetestować i przyjechała policja, bo ktoś zadzwonił, że UFO lata po niebie.
Zbigniew Górniak
www.koledzyzwojska.pl
© Fortis Media Limited 2004-2012
Użytkownicy strony laif.co.uk nie mogą wykorzystywać tekstów do celów komercyjnych bez wiedzy i pozwolenia Portalu Laif. Kopiowanie, redagowanie i wykorzystywanie w innych celach publikowanych tu tekstów wymaga indywidualnej zgody Redakcji. Kontakt do redakcji: internet@laif.co.uk.
Tagi: Piotrem Wojciechowskim, WB Electronics, You Tube, NATO, Mossad, KGB, ABW, Andrzej Lepper