Kochany, jakże urzekły mnie twoje posty… Nie na tyle na szczęście, by słów mi zabrakło, aby wyrazić swój zachwyt!
Poprzedni wpis: Po raz pierwszy o polityce >>
Nigdy nie odpowiadam na żadne idiotyczne posty, które zostawia mi ta hołota, ale tym razem nie mogę się wręcz oprzeć. Mój wielbiciel prawi mi takie komplementy i tak szczerze zachwyca się moimi wpisami, że aż dreszcz przechodzi mi cudnym tyłeczku na samą myśl o tym.
Co prawda chyba nie zna się do końca na środkach stylistycznych, bo moje porównanie „chujków do butów” ochrzcił mianem „metafory”, ale przecież nikt nie jest idealny. Może i jest nieco opóźniony w rozwoju, cierpi na jakiś deficyt intelektualny (debilizm czy może już nawet idiotyzm? Ciężko powiedzieć, mając na nieszczęście tak mało materiału do zbadania) albo po prostu jest odrobinkę niedouczony. Od kiedy jednak jakiś delikatny analfabetyzm czy zwykła ignorancja dyskwalifikuje kogokolwiek?
Poza tym muszę przyznać, że aż się zrobiłam wilgotna, jak przeczytałam, że jestem „zwierzęca”. To było totalnie seksowne! A jeszcze bardziej podkręcił mnie – wręcz niemal wywindował prosto z fazy plateau do kulminacji! – epitet „wulgarna”, którym mnie obdarzył. Mmm. Rzeczywiście, czasami jestem tak subtelnie, delikatnie wulgarna. O ile zatem można mu zarzucić jakieś tam braki intelektualne, to trzeba jednak pochwalić za spostrzegawczość.
Może nawet wycofam się z tego „analfabetyzmu”, bo mój luby ewidentnie czyta ze zrozumieniem! Choć, jak na to spojrzeć z drugiej strony, można podejrzewać, że po prostu rzuciły mu się w oczy te wstrętne przekleństwa, których tak uparcie używam. A to przecież jedynie zabieg stylistyczny – nie ma to nic wspólnego z poziomem mojej ogłady i kultury osobistej! Ale wracamy w takim razie do punktu wyjścia – kolega nie był kształcony filologicznie. To nie podlega dyskusji.
Ale to pewnie nawet nie jego wina! W jego postach widać wyraźne zainteresowanie zarówno teorią jak i historią literatury. Winę za braki merytoryczne pewnie ponoszą rodzice czy środowisko. Aż łza mi się zakręciła w oku, jak sobie wyobraziłam malutkiego matatjahu (och! cóż to za oryginalny nick!), jak musiał paść swoją trzódkę (pewnie stąd wzięło mu się porównanie do stajni Augiasza!), kiedy wszyscy rówieśnicy chodzili do szkoły wspinać się na intelektualne wyżyny – podczas gdy jedyna wyżyna, na jaką on się wspiął, to Niecka Nidziańska - w pogoni za uciekającymi od niego owieczkami!
(Chociaż przyznaję, że nigdy nie słyszałam, by stajnia Augiasza była gdzieś w pobliżu Niecki Nidziańskiej… Jakżeż on chciał się zatem do niej cofnąć? Chociaż nie do końca rozumiem, nie mogę jednak nie docenić zapału i entuzjazmu młodziana! I cóż to za determinacja!). Owieczki chodził paść pewnie z Mitologią czy Bukolikami Wergiliusza pod pachą. Biedny jednak nie miał możliwości nawet ich porządnie przeczytać, bo zwierzątka to mu się rozpierzchły po pastwisku, a to zesrały swoim zwyczajem na co ważniejsze stronice ukochanych ksiąg pastuszka...
Serce mi się kraje, jak o tym pomyślę! Ale jakże rośnie z kolei na myśl o tym pięknym porównaniu! Całe szczęście, że przynajmniej w swojej lekturze dotarł do mitu o stajni Augiasza! Nie jestem co prawda pewna, o co chodziło – o ojca Augiasza, Heliosa – wędrujące po niebie bóstwo słońca? Przyznacie, że to wyjątkowo poetyckie… Może o Heraklesa i jego matkę Alkmenę – tak piękną, że aż sam Zeus nie był w stanie oprzeć się jej wdziękom…? A jakie to romantyczne!
Szczerze urzekły mnie jego posty, jak się zatem domyślacie. Matajahu, luby, jeżeli to czytasz (a wierzę, że tak!), wiedz, że w nocy będę o tobie myśleć. Ciao bello!
© Fortis Media Limited 2004-2012
Fortis Media (UK) Ltd nie ponosi odpowiedzialności za treści publikowane na blogach. Poglądy prezentowane na blogach są prywatnymi opiniami autorów.
Tagi: blog o rwaniu, wielbiciel, matajahu, braki intelektualne, stajnia Augiasza, komplementy, zachwyt, miłość (?!)