Czyli jak sprawić, żeby poranne wstawanie przestało być problemem.
Poprzedni wpis:
Wzlot i upadek kurczaka >>
Czasem w życiu człowieka jest tak, że musi wstać wcześnie rano. Osobiście zawsze zazdrościłem tym, którzy potrafią się zrywać o świtaniu, albo nawet przed, nawet bez żadnego obowiązku. Ot tak ,po prostu, żeby zobaczyć wschód słońca, przejechać się konno po zroszonej trawie, kupić w piekarni najświeższe rogaliki i zaskoczyć nimi śpiąca wciąż jeszcze o tej porze królewnę.
Mnie osobiście wschód słońca owszem, zdarza się widywać, ale raczej po hucznej balandze. Nie jest to zazwyczaj przeżycie przyjemne, bo w oczka małe, zapuchnięte, zaropiałe razi nawet przy zachmurzeniu typu huraganowego. Hałasy kłują w uszy, ludziska raźno zmierzające do prac lub na poranne msze smagają wzrokiem wpędzając degeneratów w głębokie poczucie winy.
Te różnice są podobno naturalne i ludzie po prostu dzielą się na sowy i skowronki, czyli tych, co lubią szlajać się do godzin późnonocnych i tych, co wolą po tej rosie na oklep. No ale skoro są i tacy, i tacy, to czemu jest ten wieczny problem z porannym wstawaniem. Bo nikogo jeszcze nie spotkałem, kto by był zadowolony, że musi się o szóstej z wyrka zwlekać. Ale też nie słyszałem, żeby ktoś szczególnie był zadowolony, że ma na zmianę. I tak źle i tak niedobrze, przyczyna musi być inna niż wstawanie i pora. Czyżby chodziło o to, że to „do pracy”? Potwierdza się stare menedżerskie porzekadło, że wszyscy ludzie to lenie, trzeba ich tylko o tym przekonać.
Co do tego porannego wstawania, to zawsze jest za zimno, za ciemno, no po prostu za wcześnie. Jedynym rozsądnym rozwiązaniem wydaje się zainstalowanie ekspresu do kawy na nocnej szafeczce przy łóżku. Gdyby ta kawa sama zaczynała się jeszcze zaparzać o zaprogramowanej porze i za pomocą kroplówkowej rurki z igłą sama wprowadzała się do ustroju. Ja rozumiem, że to jest właśnie to uczucie, które mają przy wstawaniu tak zwane skowronki, że ten mechanizm jest u nich jakby wrodzony, fabrycznie wbudowany, w standardzie.
Należałoby się spodziewać, że samowary w standardzie mają głównie ludzie z krajów, w których kawa, czy czaj rosną. Tymczasem nic bardziej mylnego. Latynosi i inne typy południowe to właśnie typowe sowy. Cały dzień sjestują i leniwią się, że to niby uciekają przed ostrym słońcem i upałem. Ożywają z wieczorną bryzą, kiedy to podobno „człowiek może zacząć normalnie funkcjonować”. To jeszcze zależy, co dla kogo znaczy normalnie. Dla nich akurat bynajmniej nie oznacza to pracy. Wyjście do knajpy, obiadek, jedna butelka wina, druga, trzecia… disco-bandżo do białego rana… Nic dziwnego, że potem cały dzień zdychają.
A przecież to właśnie na południu maja idealne warunki do wczesnego wstawania. Kto by się nie wkurwił i nie wyskoczył energicznie z łóżka, kiedy mu łysol po gałach promieniami daje. No chyba, że właśnie nawet to nie jest już w stanie człowieka dobudzić. Ale gdyby wstał, to miałby jasno, ciepło, w samą porę. Tymczasem rano wstają raczej mieszkańcy zimnej i ciemnej północy. Taka dziwna tendencja do samoudręczenia się. Może to objaw depresji spowodowanej brakiem słońca oraz wieczną słotą i szarugą. Taki naturalny body S/M.
Myślę, że mam genialne rozwiązanie. Wstawania nie da się uniknąć, ale można liczbę tych porannych zerwań zdecydowanie ograniczyć. W tym celu należy masę pracującą miast i wsi przesiedlić za koło podbiegunowe. Tam noce i dnie polarne znaczeni ograniczają roczną liczbę świtań. No i proszę – kolejna premia za innowacyjność wpływa na moje konto.
Spencer
© Fortis Media Limited 2004-2012
Fortis Media (UK) Ltd nie ponosi odpowiedzialności za treści publikowane na blogach. Poglądy prezentowane na blogach są prywatnymi opiniami autorów.
Tagi: Raj polarny, poranne wstawaie, blog Spencera, kawa, noc polarna, dzień polarny