Czyli o tym, co się robi na koncertach jazzowych...
Poprzedni wpis: Mam macicę! >>
Pewnie blady strach na was wszystkich padł, jak nie odzywałam się przez kilka ostatnich dni. Wchodziliście codziennie (ba! Pewnie co godzinę, albo i częściej) na tę stronę z nadzieją przeczytania moich kolejnych złotych myśl, życiowych mądrości i poprzeżywania odrobinę cudzego życia, oderwania się od waszych szarych, zasranych żywotów. I za każdym razem oblewał was zimny pot, gula stawała w gardle, łzy zalewały paskudne facjaty, serce podchodziło w okolice krtani…
I to wszystko dlatego właśnie, że nie znaleźliście tam moich najnowszych wpisów. Pewnie moczyliście gacie, że jednak się wyjebałam na Malediwy, Barbados czy inne Wybrzeże Kości Słoniowej… Ale nie. Tymczasem kiedy wy rozważaliście, w jaki sposób zapełnić pustkę po mnie i moich błyskotliwych wpisach, ja się zajebiście, że tak powiem, bawiłam.
Byłam w sobotę na koncercie jazzowym w centrum Londynu. Miejsce przytulne i kameralne na tyle, by siedząc przy stoliku z tyłu klubiku wcale nie mieć tak daleko do sceny. Najgorsze jest tylko to, że w pomieszczeniach zamkniętych klubów w UK nie można palić. A czy ktoś słyszał o tym, żeby nie zapalić przy dźwiękach saksofonu?! Najseksowniejszego swoją drogą instrumentu muzycznego…
Szczęśliwie było nie tylko, czego słuchać, ale i na czym oko zawiesić (a później można było zawiesić na tym czymś nie tylko oko… że tak uprzedzę fakty). Mimo zatem chwilowych objawów zatrucia tlenowego z powodu zdecydowanie za krótkich i zbyt rzadkich przerw na papierosa, koncert mi się podobał. A w zasadzie podobał mi się saksofonista, który od czasu do czasu odkładał swój instrument (mmm…) i popisywał się nawet nie najgorszym wokalem... Seksowny, niski, nieco zachrypnięty głos.
W pewnym momencie jednak usiadł przede mną jakiś starszy chuj z największymi barami, jakie w życiu zdarzyło mi się oglądać. Zasłonił mi widok na trzy czwarte sceny (na szczęście nie mojego saksofonistę!) Wkurwiona pochyliłam się i pierdolnęłam go w plecy (ale delikatnie oczywiście). „Przepraszam, ale czy mógłby się pan nieco przesunąć, bo nic nie widzę?”, zapytałam najbardziej uroczym głosem, na jaki mogłam się zdobyć. „Ależ oczywiście! Przepraszam najmocniej!”, odpowiedział mi kulturalnie palant i przesunął się – a jakże! – i zasłonił mojego boskiego saksofonistę!
Jeszcze bardziej zatem wkurwiona postanowiłam wziąć sprawy we własne ręce i po prostu wstałam, ku zdziwieniu znajomych, i tak sobie stałam już do końca. Jak tylko jednak to zrobiłam, zwróciłam na siebie uwagę panów na scenie. Nie przeszkodziła pewnie elegancka czerwona sukienka (szczęśliwie niezbyt obcisła… ), która mimo słabego oświetlenia rzucała się w oczy. Zainteresował się między innymi saksofonista. Przez następne bite 40 minut wpatrywałam się tylko w niego, kołysząc biodrami w jazzowym rytmie.
Pod koniec koncertu saksofonista zawołał do siebie jedną z kelnerek i podał jej zwinięty kartonik. Wyszeptał jeszcze coś do ucha, podczas gdy ona rozglądała się zdezorientowana po sali. Następnie ruszyła między stolikami, ku zdziwieniu wszystkich, zatrzymując się dopiero przy mnie (to znaczy, to nikogo nie zdziwiło, że to akurat byłam ja. Sama scena była po prostu dziwna. Jeszcze dziwniejsza by była, gdyby podeszła do kogoś innego...).
Podała mi karteczkę, mówiąc że to od jednego z muzyków (głupia krowa, jakby ktoś na Sali nie widział, kto jej podał kartonik). Spojrzałam pytająco na scenę, gdzie saksofonista tylko skinął mi uroczo głową. Wszyscy wpatrywali się we mnie, kiedy rozwijałam kartonik. Okazało się, że jest to jego wizytówka, na której nabazgrane było: “Masz ochotę na drinka później?”. Jak myślicie, miałam?
Ciąg dalszy nastąpi…
© Fortis Media Limited 2004-2012
Fortis Media (UK) Ltd nie ponosi odpowiedzialności za treści publikowane na blogach. Poglądy prezentowane na blogach są prywatnymi opiniami autorów.
Tagi: blog o rwaniu, koncert jazzowy, saksofonista, seksowny saksofon, czerwona sukienka