Czyli jak przepędzić bydło ze słońca.
Poprzedni wpis:
Moda na kryzys >>
Gdy tak spacerowałem sobie po wczorajszym słońcu usiłując delektować się jego promieniami, co chwilę ktoś mnie trącał, wchodził mi w drogę lub w najuprzejmiejszym wypadku strzelał zirytowanym „excuse me”. Tego już za wiele. Kto to pomyślał, żeby z tak luksusowego towaru, jakim jest światło słoneczne, mógł korzystać byle wypierdek mamuta. Po co właściwie w centrum miasta tyle przestrzeni zmarnowano na jakieś ulice i skwery? Żeby się hołota pałętała?! Należałoby wszystko zabudować zwarcie przestrzenią biurową.
Pomieszczenia bez okien to sama oszczędność na kosztach działek budowlanych. W takich halach pod powierzchnią najwyższego poziomu niczym w hodowli bojlerów zasuwaliby podludzie. Nie ma okien i widoczków, żadnych hałasów z ulicy, żadnego rozpraszania uwagi – tylko cisza, skupienie i praca. A na poziomie słonecznym oczywiście elita tylko. Niekończące się piknikowe koktajlparty bez żadnych widoków na szumowiny.
Należałoby więc wzmóc kampanię o rakotwórczych właściwościach promieni słonecznych i „obalić mit” o skuteczności filtrów w kremach. Wtedy trzoda sama zejdzie do podziemia i nie będzie trzeba żadnych wywózek do getta wyczyniać. Ja to jestem genialny. Taki mały fuhrerek. Powinniście mnie wybrać swoim mężem opatrznościowym. Śledźcie listy wyborcze przy najbliższych wyborach. Może uda wam się zgadnąć, który to ja...
Spencer
© Fortis Media Limited 2004-2012
Fortis Media (UK) Ltd nie ponosi odpowiedzialności za treści publikowane na blogach. Poglądy prezentowane na blogach są prywatnymi opiniami autorów.
Tagi: Świat bez okien