Czyli w oczekiwaniu na snickersa zbawiciela.
Poprzedni wpis:
Węglowodanowa guerilla >>
To już kilka tygodni moich bezustannych ketogenicznych wzlotów i upadków. Z diety wyeliminowałem już wszystko. Żyję jedynie na jajkach i kurczakach. Od bitych trzech dni – po raz pierwszy z rzędu – testy wykazują, że trzymam mocno fioletową stronę ketozy. Tylko, że jakoś dziwnie wcale nie czuję się z tego powodu szczęśliwy. Wręcz przeciwnie. Dół straszny. Jakieś migreny dziwne, zupełnie jakbym się w jakąś neurotyczna kobiecinę przeobrażał. Może to odkrycie na miarę otwarcia własnej kliniki zmiany płci? Niezła fortunka do zbicia.
W poniedziałek dominuje u mnie jednak silne przeświadczenie, że to skutek weekendowych szaleństw. No po prostu „kac & zjazd”. We wtorek zaczyna zwyciężać inna diagnoza – to musi być bardzo ciężka grypa. Grypa również żołądkowa, bo nie mogę już patrzeć na kurczaki. Na samą myśl chce mi się dosłownie rzygać.
W środę niemal nie mogę wstać z łóżka. Nie mam siły się ruszać, wszystko mnie boli, przed oczami tańczą mroczki. Wyobraźcie sobie – siedzisz w pracy przed kolumną rozliczeń, a tam Marcin i Rafał w tańcu na lodzie. W parze ze sobą! Koszmar!!! Najnowsza diagnoza brzmi – to musi być AIDS. Albo syfilis. Juro rano obudzę się z ciałem gnijącym od wrzodów.
Wieczorem krótkie oświecenie. W internecie stało, że ostatni przed weekendowym ładowaniem węglowodanami trening na siłowni może być wyjątkowo ciężki. No, jeśli mieli na myśli przejście kilku kroków do własnej toalety, to rzeczywiście. Prawie nie do wykonania. Zaraz zaraz. A może ta cała moja „przypadłość” to nie AIDS, syfilis i trąd w jednym, tylko skutek mojej diety. Czyżbym ja, najbardziej maczo z wszystkich maczów, miał umrzeć jak te dwie brazylijskie modelki, które zagłodziły się na śmierć. Jedna jadła zdaje się tylko pomidory (uh, strasznie dużo węglowodanów w takiej diecie!), druga tylko liście pietruszki, czy jakoś tak.
W geście desperacji staczam się z łóżka i czołgam w kierunku drzwi. W głowie żarzy się tylko jedna myśl – tylko natychmiastowy zastrzyk węglowodanów może mnie uratować. Może tak pogotowie i kroplówką z glukozą? To by był wstyd. No to chociaż snickers od ciapaka na rogu. Czołgam się przez próg i do windy. Czy ktoś może wcisnąć przycisk?
Spencer
© Fortis Media Limited 2004-2012
Fortis Media (UK) Ltd nie ponosi odpowiedzialności za treści publikowane na blogach. Poglądy prezentowane na blogach są prywatnymi opiniami autorów.
Tagi: Wzlot i upadek kurczaka