Czyli o wyższości męskiego niezrozumienia nad kobiecym rozumowaniem.
Poprzedni wpis:
Odwieczne dziwki >>
Kobiety nie rozumieją mężczyzn, mężczyźni nie rozumieją kobiet – prawda znana od dawna i każdemu. Bynajmniej nie oznacza to jednak, że obie płcie są sobie kwita. Mężczyzna bowiem powie: kobiety rozumują dziwnie, inaczej, mają napięcia przedmiesiączkowe, miesiączkowe, pomiesiączkowe, międzymiesiączkowe… Powie: kobiety kierują się bardziej emocjami, intuicją, histerią, macicą etc. Innymi słowy mężczyzna do rozumowania kobiety podchodzi z wyrozumiałością. Nawet, jeżeli go nie rozumie, to wie, że nie rozumie i otwarcie przyznaje się do tego.
W przypadku kobiet jest inaczej. One mężczyzn zawsze rozumieją świetnie. Tak przynajmniej twierdzą. Rozumieją ich w sposób bardzo przenikliwy. Do tego stopnia, że rozumieją ich lepiej od nich samych i często usiłują im wyłożyć, co oni tak naprawdę myślą. Nie tylko wyłoży właściwie, ale wręcz włożyć im to do głowy. A mężczyźni według nich myślą zazwyczaj bardzo podstępnie i knują rzeczy niegodziwe. W skrócie – męski mózg jest z gruntu zły i wymaga kobiecej ortopedii: dyb, koła naciągającego i innych narzędzi tortur.
Dajmy na ten przykład taką sytuację: Wraca strudzony mąż, żywiciel rodziny do domu po dniu znojówki i użerania się ze swoją przedmiesiączkową szefową. Że też akurat jedyny babsztyl w całej firmie, który dochrapał się jakiegoś stanowiska, musi mieć to stanowisko akurat nad nim i to w dodatku siedzi cały dzień przy biurku naprzeciwko niego. Siedzi i walczy z miesiączką. Walczy nie tyle z nią samą, co z kapryśnością jej pojawiania się, bo to akurat już przekwitanie przyszło.
I jazda od samego poranka. Miesiączka krzyczy: „Gdzie jest moje carmel machchiato!”, albo: „Widzę, że przychodzisz dziś do biura w dobrym humorze. Trzeba będzie ci go zepsuć” – i w jej ustach to wcale nie jest żart.
No więc wraca taki mąż po takim dniu – fakt że frajer, po co się żenił, ale zawsze to facet, więc go szkoda – do domu, głodny, wykończony, po 2 godzinach w dusznym i zatłoczonym metrze (signal failure!), a tu od progu wita go szczęśliwiuteńka szczebiocząca małżoneczka:
- Misiu kochany, co tak późno dzisiaj. A ja już zdążyłam być dzisiaj na zakupach. Zobacz jaki sobie śliczniutki różowy blezerek z kaszmiru kupiłam. A jakie ma atłasowe kokardeczki. Pamiętasz, że w ten weekend idziemy do mojej mamusi na obiad. Właśnie wtedy go chcę założyć. Mam nadzieję, że mojej siostrze oko zbieleje. Ale, ale, wziąłbyś wyniósł śmieci, bo mi się piętrzą od samego rana. I weź te torby po moich zakupach… A tak właściwie to czemu ty się w ogóle nie odzywasz. Ty już mnie nie kochasz, tak. A ja dla ciebie tak się staram. Bo ten sweterek to wcale nie dla mojej siostry, tylko dla ciebie, żeby tobie oko zbielało (kiedy zobaczysz za to cudo rachunek). A ty do mnie tak się odnosisz. Z ciebie to jest zimny drań. Wszyscy faceci to dranie. Męskie szowinistyczne świnie! Banda alfonsów! (głośne trzaśnięcie drzwiami)
Tymczasem milczenie męża wyrażało dla jego żony najgłębszy szcunek i uwielbienie. Stłumił w sobie wszystkie te nagromadzone w ciągu dnia złe emocje, zmęczenie, głód, tumult miasta. A przecież mógł od samego progu zrobić „bo zupa była za słona”. Zwłaszcza, że zupy tej w ogóle nie było. Ostatecznie zupę zrobił sobie sam. Z torebki. Chińską. I koniec końców była za słona…
© Fortis Media Limited 2004-2012
Fortis Media (UK) Ltd nie ponosi odpowiedzialności za treści publikowane na blogach. Poglądy prezentowane na blogach są prywatnymi opiniami autorów.
Tagi: Zanim zupa była za słona, blog Spencera, kobiece rozumowanie, napięcie przedmiesiączkowe,